piątek, 21 marca 2014

ZAJEBISTY ZAPACH WIOSNY

Wraz z wczorajszym dniem rozpoczęła się kalendarzowa wiosna, a z nią przepiękna pogoda i dużo pozytywnego nastawienia. Dobrze jest w końcu wyjść na dwór nie wyglądając jak eskimos, cieszyć się delikatnym słońcem i poczuć po prostu zajebisty zapach wiosny. Mam nadzieję, że w niepamięć odejdą chodź na jakiś czas te szare i długie dni, a powiedzenie: "W marcu jak w garncu"- w tym roku okaże się jak najbardziej uzasadnione.

Dzisiaj "dzień wagarowicza" dlatego, moja nieobecność w szkole podobnie jak i u większości z was nie jest niespodzianką. Nauczycielom niech skacze gula, że muszą tam dzisiaj być, podczas gdy uczniowie masowo przesiadują na działkach, w lasach ogólnie w plenerze i oblewają ten dzień nie kierując się zupełnie zasadą: "Dżentelmeni nie piją przed południem" tanim alkoholem. Straż miejska i policja od tygodnia zapewne ostrzą pazury na dzisiejszy poranek, aby wykazać się umiejętnościami łapania prawdziwych rzezimieszków.  

Ale ja od samego rana postanowiłem iść na prawko i korzystając z okazji wyjeździć troszkę więcej godzin. Tak jak przeczuwałem po całym mieście kręciło się mnóstwo uciekinierów, raz musiałem przepuszczać przez ulicę kolumnę przedszkolaków w kamizelkach odblaskowych skandujących dziwne hasła. Z daleka wyglądało to jakby karły walczyły o równouprawnienie czy coś. I nic dziwnego, że tyle ich było, w końcu komu chciałoby się w taką pogodę przesiadywać w smętnej szkole i pisać sprawdzian lub słuchać swoistego pierdolenia nauczycieli.

Nie wiem dlaczego tak z dnia na dzień nagle pogoda jest zajebista, ale kwiatki rosną, ptaszki śpiewają, słoneczko grzeje - czego chcieć więcej?

środa, 19 marca 2014

Książki, kiedyś i dziś.



Przeciskając się przez trzy lata szkoły średniej mamy okazje przyjrzeć się z bliska polskiej literaturze, powąchać każdą zapomnianą i zatartą kurzem stronę. Literaturze, która robiła za dzisiejsze "bestsellery". Ludzie zachwycali się trylogią „Dziadów” niczym dzisiaj "Władcą pierścieni"."Cierpienia młodego Wertera" wyznaczały szlaki niczym "Hobbit". "Lalka" jako coś obszerniejszego dla spragnionych maniaków, zaspakajała jak "Gra o tron". Na dokładkę, na przerwę pomiędzy czymś ostrzejszym pozostawały fraszki, pieśni i treny coś jak zbiór opowiadań o "Wiedźminie" i balladach trubadura Jaskra.

Powyższa analogia miała oczywiście na celu porównanie literatury (kiedyś, a dziś). Nasze gusty pozmieniały się na tyle, że dzisiaj czytając w domu fantastykę, nic kompletnie nie rozumiemy kiedy sięgniemy po pisanego wierszem "Pana Tadeusza". Pierwsza myśl jaka się nasuwa to: "Jak oni mogli to kiedyś czytać?!" - czytać? Oni się tym wręcz jarali. Fabuła była na tyle silna, że ludzie po lekturze "Cierpienia młodego Wertera" zaczynali popełniać masowe samobójstwa (prawdziwa siła przekazu). Cała egzystencja polegała na tym, że treść książek była karykaturą okresów, w których powstawały, bądź przedstawiały sytuacje paralelne do tych, które czytelnicy przeżywali we własnym życiu.

 Z czasem powstawały wątki fikcyjne i bawiono się tym, póki na świat nie przyszedł ojciec fantastyki J.R.R. Tolkien i nie zrobił porządku z orkami, elfami oraz innymi smokami. Poustawiał stwory po kątach nadając im nie podważalny charakter i określony wygląd. Stworzył wierzę i garść bohaterów, którym następnie wymyślił przygodę. Tolkien zrobił to na tyle dobrze, że osoba, która po raz pierwszy w życiu sięgnie po jego książkę po kilku stronach powie: "Co to za elfy?! Jakie orki?!" po czym wyrzuci książkę w kąt i nigdy do niej nie wróci. Ale jeśli tak się nie stanie, wtedy fantastyka stanie się ukochanym gatunkiem tej osoby i w życiu nie przeczyta nic więcej. Kochać, albo nienawidzić.

Nasza polska literatura ma to do siebie, że oczywiście pisana staropolskim językiem i na dodatek często wierszem sprawia trudności w interpretacji. Nie raz osobiście miałem chwile kiedy stwierdziłem, że od kilku stron nie wiem o czym czytam, więc wróciłem dziesięć stron do tyłu. W takiej sytuacji świadomie spowalniamy tępo czytania co odrzuca nas od lektury.
 Książki zazwyczaj czytam w łóżku - czyli tam gdzie najwygodniej, jedną ręką trzymając książkę, a drugą ciepłą kawę. Niestety kiedy przyszło zmierzyć mi się z „Panem Tadeuszem” musiałem to zrobić przy biurku, ponieważ ta książka (z domowej biblioteczki) była większa i cięższa od mojego laptopa. Nie wyobrażam sobie dzisiaj czytać w podobny sposób moich ulubionych tytułów. Dzisiaj oczywiście można go przeczytać nawet w e-book’u.


Pasja, hobby, ulubione zajęcie – czytajmy co kochamy jednak, pamiętajmy, aby nie zapomnieć o literaturze.

poniedziałek, 17 marca 2014

Intel Extreme Masters IEM 2014 Katowice

Intel Extreme Masters (IEM), czyli mistrzostwa świata e-sportu! Tak jak rok temu cały event został zorganizowany w Katowicach pod dachem Spodka. Nie było mnie tam fizycznie i bardzo żałuję, ale byłem za to duchowo. Oglądałem każdy stream, czytałem wszystkie aktualności - mówiąc krótko byłem na bieżąco. Możemy być dumni, że to właśnie w Polsce, w Katowicach organizowane są mistrzostwa świata e-sportu i wychodzi nam to doskonale.

Niestety media przemilczały całe wydarzenie, miały kompletnie w dupie tematykę i wszystko co się działo w dniach 14-16marca w Katowickim Spodku. Być może zostało to podyktowane promowaniem czegoś "złego", bo dobrze wiemy jaką opinie potrafią mieć ludzie na temat gier komputerowych, a co dopiero jeśli mowa o tak wielkim wydarzeniu. Media nie chcą stawiać siebie w złym świetle jako "promotorzy zła". Świat się zmienia, a my musimy razem z nim, mówię tutaj o postępie technologicznym i zaakceptowaniem choćby takich eventów jak IEM, który jest czymś ważnym dla garści osób, która przekroczyła w tym roku (mam nadzieję) zeszłoroczną liczbę odwiedzin 50 tysięcy widzów.

Na gratulacje zasługują również nasi rodacy, czyli VIRTUS.PRO, którzy wywalczyli w tym roku mistrzostwo świata w "CS GO", zagarniając tym samym główną nagrodę o wysokości 50.000 euro!

niedziela, 16 marca 2014

NIE PROMUJMY KOŁTUŃSTWA

Droga do sukcesu, ten "przepis" na zwycięstwo, legendarny, mityczny i cholernie pożądany pergamin, zawierający w punktach od A do Z wszystkie kroki jak zostać kimś pt. "Kariera - szybko i łatwo". W rzeczywistości od lat nie zmienia zasad gry, kogo byśmy nie zapytali: "JAK?". Kogokolwiek byśmy nie podglądali i skanowali jego przeszłości. W końcu dojdziemy do wniosku, że to wszystko musi być poprzedzone ciężką pracą (dla niektórych syzyfową) i ogromnymi ambicjami, głową pełną nadziei, nawet jeśli wszystko wskazuje na to, że nic z tego nie wyjdzie. 



Jednak dzisiaj zastanawiam się dlaczego ludzie, którzy w życiu do tego doszli, są wpływowi i np. poprzez pracę w mediach, dzięki swojej rozpoznawalności promują innych? Nie chodzi mi tutaj o promocję artystów, piosenkarzy, ludzi z talentem i innych podobnych, którym wystarczyło wskazać kierunek palcem, którym wystarczyło podać rękę, aby i oni zdobyli tę sławę. Chodzi mi o promocję ludzi, których tak naprawdę nie powinno się promować. Dlaczego dzisiaj promuje się debili? Nie wiem czy ludzie inspirują się zachowaniami w stylu "a zrobię z siebie idiotę, co mi tam", może faktycznie tak. Jest wśród nas tyle kreatywnych ludzi robiących wielkie rzeczy, zasługujących naprawdę na rozgłos, ludzi których powinno dostrzec szersze grono. Zamiast ich ludzie w telewizji pokazują 9latka, który twierdzi, że rapuje, a zamiast interpunkcji użyje słowa %#@!, później %&*!#, kiedy zabraknie mu tchu &*#!@ no i od czasu do czasu tak dla porywu tłumu %&!@#! (nie wiem co się stało z rodzicami). To nie jest tak, że Ci dziennikarze zabawią się czyimś kosztem, pośmieją się i zrobią na wizji z niego kapuśniaka, a za kilka dni nikt nic nie pamięta. Ten chłopak weźmie całe przedstawienie na poważnie, wróci do domu z jeszcze większym zaangażowaniem i porytą banią od ilości wyświetleń jego filmiku, bo ludzie od razu zaczynają szukać czegoś więcej. Stwierdzi, że jest kimś. Jest artystą. Nawet nie zrobił tego minimum z "legendarnego pergaminu", a już zdobył rozgłos - za szybko, jeśli ktoś może mieć wątpliwości to odsyłam do teorii życiowych Panny Luxurii.

sobota, 15 marca 2014

Pierwsze wrażenie jest najważniejsze!

Wiem, że to chamskie, ale czy wam również zdarzają się takie sytuacje kiedy, widzicie kogoś po raz pierwszy lub po prostu wasz wzrok wycelował w osobę, którą tak po prostu za samą mordę lub styl jej "bycia" najchętniej potraktowalibyście zardzewiałą łopatą?

Są takie osoby, na które wystarczy po prostu spojrzeć (miarka od stóp do głowy) i już wiemy z jakim człowiekiem mamy do czynienia, lub jakiego człowieka subtelnie obserwujemy. Jest w takich osobach coś takiego odpychającego i tutaj nie wystarczy być tolerancyjnym, przecież tolerancja to również w pewnym sensie szacunek dla tej osoby, a skoro dana osoba ze startu okazuje się być głupkiem... no nie może być szacunku dla głupoty, nie może. Wcześniej miałem trochę wyrzuty sumienia z tego, że tak chamsko i gwałtownie oceniam ludzi, których nawet nie znam. Ale skoro od samego początku coś mi w nich nie pasuje, wręcz przeszkadza (a pierwsze wrażenie jest ważne), a potrafię być obojętny dla ludzi, którzy mnie de facto nie obchodzą. Nie czuję do nich takiej "odrazy", bo mi również nie wadzą i niech sobie żyją w moim otoczeniu swoimi kodeksami, dzięki którym świat dla nich staje się piękniejszy. Więc skoro pierwsze wrażenie nie wypaliło, a równocześnie z samego zachowania, stylu wypowiedzi są wręcz odpychający...no cóż. 

Na zajęciach wiedzy o społeczeństwie często mamy okazję przedyskutować jakiś problem na forum, oczywiście każdy wyraża własne zdanie, własny punkt widzenia i to jest w porządku. Póki nie odezwie się właśnie osoba XYZ, którą właśnie kojarzę z odgłosem uderzającej łopaty o twarz. Według mnie udział w dyskusji można brać jedynie kiedy ma się jakąś tam wiedzę na dany temat, bo nie rozumiem ile razy można bronić swoich poglądów tymi samymi argumentami, których na dodatek używa się przy każdym temacie i nie ważne czy mówimy o zaginięciu Boeinga 777 czy kwestii niedomknięcia dachu na narodowym stadionie podczas deszczu w trakcie trwania meczu, to zawsze można usłyszeć: "Tyle pieniędzy idzie na tych piłkarzy a gówno wygrywają! Tyle pieniędzy poszło na linie lotnicze i już są problemy! A siatkarze co chwile wygrywają, to oni powinni dostawać te pieniądze!" - i jak tutaj nie użyć tej łopaty, no jak?


piątek, 21 lutego 2014

Długie zimowe wieczory z sagą Gothic

Został ostatni tydzień zimowych ferii, niektórzy głowią się jak najlepiej wykorzystać wolny czas; wyjechać do rodziny, wyspać się, zachlać każdego dnia, spotykać się ze znajomymi lub po prostu nic nie robić i mieć wszystko gdzieś. Ja już to wszystko mam za sobą, jednak lukę w długich zimowych wieczorach najlepiej załatała mi "saga Gothic", którą odkurzyłem w swojej pamięci podczas ostatniego pobytu u braciaka. Zebrał on pokaźną kolekcję old-schoolowych gierek, pamiętam jeszcze, kiedy za 10-letniego dzieciaka po niektóre z nich lataliśmy do sąsiedniej wsi do sklepu, które później ukradły nam parę ładnych godzin życia. Najlepsze chwile towarzyszyły nam właśnie przy zabawie z "Gothiciem", który w tamtych latach był czymś super-mega-hiper-odlotowym, dlatego właśnie sięgnąłem po pudełko z sagą Gothic. Przypominam sobie wszystko z każdą minutą, z każdą chwilą wracają niesamowite wspomnienia, a nawet uśmiech na twarzy kiedy stanie się twarzą w twarz ze ścierwojadem czy kretoszczurem, który wcześniej okropecznie utrudniał nam rozgrywkę (dziś jakby złagodniały).
Tak czy inaczej gra się przyjemnie mimo tego skoku technologicznego. Każdego Gamera szczerze pozdrawiam i polecam taki skok do przeszłości!

Bezimienny. 


poniedziałek, 13 stycznia 2014

Bieganie, książki i filmy

Razem z nowym rokiem, chociaż nie jest to żadne postanowienie noworoczne wracam do biegania
(pies mi tyje, a dla mnie to dodatkowa motywacja). Nie zawsze się chce biegać wiadomo, jednak ja się nigdy z nikim nie ścigam, nie stawiam przed sobą żadnego ultimatum ŻE MUSZĘ, nie trenuję do żadnego maratonu, ani nie mam zamiaru schudnąć. Jedynym powodem, dla którego biegam jest po prostu fantastyczna poprawa samopoczucia przez resztę dnia. Wiadomo, biegać nie zawsze się chce, często trzeba się do tego zmuszać - znam to, sam tak mam i oczywiście nie biegam codziennie. Mimo wszystko kiedy już wróci się do domu, kiedy można ze spokojnym oddechem rozsiąść się w fotelu i napić się czegoś, kiedy z każdym dniem widać ten progres jak pokonujemy trasę o kilka minut szybciej - ogromna satysfakcja! A jeszcze większa z tego, że mojej dziewczynie się to podoba.

Ponad to, wracam do regularnego czytania. Jak dotąd przebiłem się już przez pierwsze trzy części "Wiedźmina" Andrzeja Sapkowskiego, pięć ksiąg "Zwiadowców" Johna Flanagana no i teraz walczę z "Grą o tron" - troszkę opornie idzie, bo oglądam też serial, który swoją drogą jest świetnie reżyserowany - zacząłem czytać książkę chyba tylko z powodu utęsknienia za czwartym sezonem, który ma się pojawić już w kwietniu. Dodatkowo masowo filmy. Najczęściej znajduję coś w internecie (po ilości gwiazdek wiadomo), ale teraz będę się starał wyciągać jak najczęściej dziewczynę do kina - domowe oglądanie nie umywa się do seansu w filmie. Niestety nie wiem czy coś z tego wyjdzie, wczoraj byliśmy na nowym "Hobbicie" w Heliosie, moja dziewczyna stwierdziła, że sobie wyjdzie w połowie filmu na zakupy do "H&M", chciała się przełamać do fantastyki, jednak bezskutecznie.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Pierwsza rocznica :)

Z okazji pierwszej rocznicy związku z moją dziewczyną napisałem dla niej tekst, który jej wcześniej obiecałem. Chyba była zadowolona :)

"Później obydwoje mówiliśmy, że wszystko to stało się za przysługą przypadku czy spontaniczności. Nic do tego nie prowadziło, nic nie przewidywało takiego wydarzenia w naszym życiu. Jedyny znak, który mogliby byśmy dostrzec to dyskretny podświadomy uśmiech, który pojawiał się na naszych twarzach, kiedy po trzech latach zupełnej ciszy znaleźliśmy własne nazwiska na wspólnej liście klas - jednak nawet nim niezbyt się przejęliśmy. Szczegóły są istotne. Wierzysz w przeznaczenie? Bo ja wierzę. Pamiętasz podstawówkę? Musisz. Byłaś piękna, wzbudzająca wrażenie motyli w brzuchu. Zachwycałaś tak bardzo, że sam wzrok na Ciebie mógł wszystko zdradzić - dlatego go ukrywałem, nie chciałem patrzeć. Czułem Twoją bliskość, czułem Twój wzrok, energię, myśli i emocje. Przechwytywałem to wszystko jedynie i tak jakby kumulowałem całość w sobie zamieniając w zamian za Twój widok. Spoglądałem tylko wtedy, kiedy nie byłem pewien, że jesteś blisko i czy patrzysz. Kiedy się oddalałaś. Kiedy nie czułem już Ciebie, energia słabła, a uczucie zachwytu tak jakby skakało sobie po przypadkowo znajdujących się obok Ciebie obcych. Wszystko zamierało. Monotonia to złe określenie, przecież chciałem tego mimo, że nie było to bliskie spotkanie, mimo braku rozmowy czy kontaktu. Chciałem czuć Twoją obecność. Nigdy nie zrobiłem nic, aby to zmienić. Dlaczego? Być może dlatego, że nie spotkałem się nigdzie wcześniej z takim uczuciem. Nie wiedziałem co robić? Myślę, że po prostu nie chciałem pozbyć się tego uczucia, nie chciałem tego stracić. Nie chciałem tego zabić. Potrzebowałem tego. I choć nasze "spotkania" miałyby powtarzać się właśnie tak, byłem w stanie to robić, a właściwie nie robić nic. Tylko czuć. Mniej więcej po trzech latach, po których wydawałoby się, że całkowicie o Tobie zapomniałem wróciłaś do mojej głowy. Nie wiem dlaczego. Być może spowodowało to jakieś drobne minięcie na mieście lub po prostu poczułem sentyment do tego co było wcześniej - wiadome było, że mi się cholernie podobałaś. To były czasy gimnazjum, kiedy to przed snem zawsze zacząłem się zastanawiać co by było gdybym to rozegrał inaczej. Żałowałbym? A może dzisiaj byśmy byli już razem? Moglibyśmy też się znienawidzić. Rozmyślałem po kolei wszystkie możliwe przebiegi wydarzeń, wiesz do czego wtedy doszedłem? Że żałuję. Cholernie żałowałem tego, że nie miałem choćby odrobiny odwagi, aby do Ciebie podejść i spróbować czegoś więcej niż jeden przypadkowy spacer. Myślałem sobie właśnie wtedy, że powinienem postawić wszystko na jedną kartę, wszystko albo nic. Niestety tak nie zrobiłem. Przez właśnie ten okres 3 lat, kiedy to uwierz mi, że bardzo często myślałem o Tobie, co jakiś czas zastanawiałem się czy jeszcze kiedyś może będziemy mieć dla siebie szanse, czy może się jeszcze gdzieś kiedyś spotkamy. Tęskniłem za Tobą. Kiedy zobaczyłem Twoje nazwisko na mojej liście osób z klasy w liceum - nie pytaj. Z jednej strony od razu się uśmiechnąłem i cieszyłem się, z drugiej strony od razu zacząłem wspominać to co kiedyś między nami było. Czy to powróci? Czy będzie tak nadal? Bałem się, że nie będziesz chciała do tego wracać. Jednak mimo wszystko ja chciałem. Od tego momentu zacząłem o Tobie myśleć od nowa, ale to już naprawdę intensywnie. Przed snem wyobrażałem sobie mnóstwo przeróżnych scenek, w których spoglądamy sobie w oczy po takim czasie i wracamy do siebie. Wyobrażałem sobie jak już jesteśmy razem, jak się wygłupiamy, jak ludzie mi zazdroszczą takiej dziewczyny. To wszystko było takie nie do opisania. Już wtedy chyba Ciebie kochałem, wiem że to takie puste odczuwać to do kogoś, kto możliwe, że nie chce na nas zwracać uwagi, ale po prostu nie mogłem tego przynajmniej sam przed sobą ukrywać. Kochałem Cię. Przyszedł w końcu ten dzień, rok szkolny się zaczął. W drodze do szkoły nagle zaczął napadać mnie strach, chyba się po prostu bałem Twojej reakcji. Pierwszy raz zobaczyłem Cię na auli. Tak bardzo chciałbym opisać ten moment kiedy przypadkowo nasze spojrzenia się zetknęły. To uczucie, że w końcu jesteś blisko, to że będziesz blisko mnie przez kolejne 3 lata, że będę mógł chociażby na Ciebie spojrzeć od czasu do czasu. Byłaś taka piękna, gdybym mógł to zapadałbym się w tej chwili na wiele dłużej i podziwiał Twoją kobiecość, byłaś tak wspaniała, tak idealna i pociągająca. Przez pierwsze tygodnie, możliwe że można by to liczyć nawet w miesiącach niestety rzeczywistość okazała się troszkę inna od moich fantazji. Dosyć szybko zaczęliśmy ze sobą pisać i to było dla mnie coś! Po szkole pierwszą rzeczą jaką robiłem to sprawdzałem czy jesteś może dostępna żeby od razu do Ciebie napisać. Nie ważne co, ważne żeby wymienić choćby parę słów. Pamiętam to wszystko dobrze jak dziś, codziennie ze sobą pisaliśmy. Odczuwałem wrażenie, że się doskonale rozumiemy i że mnie lubisz. Potrafiliśmy rozmawiać dosłownie o wszystkim, nawet ty nie bałaś się i z chęcią zwieżałaś ze swoich problemów czy uczuć, które niestety nie dotyczyły mnie. W zasadzie to nawet nie wiem dlaczego Ci wtedy pomagałem, przecież to tak jakbym pomagał Ci odejść ode mnie, ale w końcu nie należałaś do mnie. Pomagałem Ci i rozmawiałem z Tobą o tym, bo po prostu nie chciałem tracić kontaktu, a co gorsza od razu tracić nadziei, ciągle wierzyłem, że jednak wszystko obrócisz w moją stronę, że mnie zauważysz i od tak po prostu pokochasz. Szybko się zorientowałem, że nie poczujesz tego do mnie póki czegoś nie zrobię. Pamiętam pewien dzień, który był dla mnie jednym z gorszych dni. Wróciłem ze szkoły do domu i tak jak zawsze sprawdziłem czy jesteś dostępna, żeby do Ciebie napisać i właśnie tego dnia po raz pierwszy Ciebie zabrakło. Pomyślałem no okej, przecież może mieć wlaśnie sprawy, najwidoczniej coś się stało. No i chyba się stało, bo nie byłaś dostępna przez dobre kilka dni, a ja dureń nawet nie potrafiłem się w szkole zapytać dlaczego Ciebie nie ma, dlaczego tak nagle zniknęłaś. To były dla mnie złe chwile, bo tak jakby po raz kolejny straciłem Cię. Myślałem wtedy, że to już koniec ostatecznie. Okazało się inaczej, w końcu zaczęliśmy z powrotem pisać tyle, że nasze pisanie z każdym dniem było czymś coraz więcej, znaczyło coraz więcej, miała większą wagę z każdym dniem. W szkole zaczęliśmy zachowywać się inaczej, a nasze rozmowy przeniosły się na telefon. Wspaniałe chwile! Wtedy już czułem, że zbliżam się do Ciebie i nie mogę tego zepsuć! Nie chciałem tego stracić, musiałem to rozegrać inaczej, nie tak jak lata wcześniej. Kolejne dni mijały, a my z każdym jednym byliśmy coraz bliżej siebie. Nie wiem kiedy, nie wiem dlaczego, ale w końcu doszło do takiej chwili kiedy zapytałaś się mnie czy obrażę się jak złapiesz mnie pod rękę kiedy spacerujemy. Nawet nie wiesz co ja wtedy czułem! To był kolejny krok do zwycięstwa do osiągnięcia chyba już wiecznego szczęścia! Nasze pierwsze spacer nie były łatwe i trzeba było to przyznać - ze względu na pogodę. Spacerowaliśmy nad jeziorem i w pobliżu "MOSiR'U" w okropną zamieć. Wiesz co było w tym najlepsze? Że mimo takiej beznadziejnej pogody ty byłaś w stanie wyjść ze mną na spacer. Już wtedy zaczynałem się domyślać, że być może coś do mnie już czujesz. W końcu spacerowaliśmy już pod rękę - przechodnie mogliby pomyśleć, że jesteśmy już prawdziwą parą Zawsze Cię odprowadzałem, zawsze chciałem być z Tobą jak najdłużej. I tak to wszystko leciało. Kolejne dni mijały, a my spacerowaliśmy pod rękę i żegnaliśmy się "misiaczkiem" co było chyba w tym wszystkich najwspanialsze! Po prostu nie do opisania Twój zapach przynosiłem ze sobą do domu, a kiedy w końcu zacząłem nim przesiąkać na tyle, że go odczuwałem prawie cały czas to nic innego potrafiłem nie robić niż po prostu go wdychać i wyobrażać sobie nasze spotkania. Twój zapach był przy mnie już nierozłącznie, wiem że to może brzmieć śmiesznie, ale to po prostu było dla mnie tak cholernie wspaniałe! Kolejne spacery i kolejne, odprowadzałem Cię za każdym razem. Pewnego dnia przed snem pomyślałem sobie: Dobra trzeba w końcu to zrobić! No i zaczynałem się zastanawiać jak Ci to powiedzieć, jak mam zrobić to abyśmy byli już razem. Nie wiedziałem czy mam Cię po prostu poprosić czy napisać karteczkę z nakazem podkreślenia odpowiedniego słowa... Zastanawiałem się przez tyle dni... i każdego wieczoru obiecywałem sobie, że jutro to zrobię, trochę dni tak minęło, ale w końcu całkiem ze spontana dnia 6 stycznia dokładnie rok temu mniej więcej o tej samej porze co teraz właśnie to czytasz powiedziałem po raz pierwszy pod Twoją klatką "Kocham Cię!" - wtuliłaś się wtedy we mnie tak mocno! Spadł mi kamień z serca, okazało się, że to wszystko co było wcześniej między nami nie poszło na marne i przyniosło odpowiedni efekt, wiem że dzisiaj może się to wydawać troszkę śmieszne, ale ty wtedy tez mi to powiedziałaś "Kocham Cię" od tamtego momentu uczestniczę w dożywotniej misji, z której nie wyjdę przy życiu - będę dbał o Ciebie i o Twoje szczęście do końca moich dni! JESTEŚ DLA MNIE WSZYSTKIM! KOCHAM CIĘ MYSZKO!!!! "

niedziela, 10 listopada 2013

INCYDENT

Incydent, o którym wam opowiem jest bardzo delikatnym tematem, dlatego zastanówcie się czy na pewno chcecie to czytać (i tak wszyscy przeczytają).
Wszystko miało miejsce dosyć dawno, jednak nie tak odlegle abym o tym zapomniał. Był piątek, wieczór - wiadomo trzeba było obmyślić jakiś plan działania. Zaprosiłem do siebie kumpla na piwko (ew. dwa) jednak całkiem przypadkowo wylądowaliśmy u mnie w piwnicy z tego względu, że u góry w domu było dosyć tłoczno, a nie chcieliśmy się tam łokciami przepychać i krzyczeć do siebie żeby porozmawiać przy piwku. Usiedliśmy w pomieszczeniu gdzie akurat znajdował się stół, fotel wędkarski i krzesło ogrodowe (także w sam raz). Po pierwszym piwku zrobiło się troszkę zimno, tym bardziej, że byliśmy w piwnicy (zimą). Dlatego zdecydowałem, że rozpalę w piecu i przeniesiemy się do kotłowni - usiądziemy na jakichś pieńkach i dobra. Zatem wychodzę z propozycją, kumpel odpowiedział, że spoko. Podniecony chyba lekko tematem rozpalania w piecu (albo siedzenia na pieńku, kto wie) wyprzedził mnie o kilka kroków mówiąc: "Dobra to ja Ci pomogę." Nie zdążyłem nawet zareagować, a co dopiero powiedzieć, że musi uważać bo w kotłowni jest na samym środku studzienka gdzie odchodzi deszczówka (wszystko z racji niskiego położenia). No i bach, jak to człowiek z nadaktywnością ruchową, żeby już nie mówić ADHD. Wleciał prosto do kotłowni nie zapalając nawet światła... wyszło tak, że wleciał tam pewnym krokiem i jedną nogą przesunął klapę od studzienki, i tą samą wpadł do środka, a drugą zostając na podłodze (ałć). Wylądował swoimi klejnotami na samym kancie betonu. Skrzywiła mi się lekko morda (jemu chyba też, ale nie jestem pewien) kiedy na to patrzyłem, no ale myślałem, że trochę pomarudzi, postęka wyda kilka dziwnych odgłosów, ale zaraz stanie na piętach i wszystko będzie w porząsiu. Nie było. Okazało się, że rozciął sobie worek - dosłownie. Krew się leje, ja nie wiem co mam robić, on podbiegł do lampy i sprawdzał co się konkretnie stało: "Słuchaj ja muszę chyba jechać do szpitala" - odprowadziłem go kawałek i w zasadzie do dziś nie wiem nawet jak dotarł do tego szpitala mając już alkohol we krwi.

Na drugi dzień słuchałem takiego opowiadania, które jest również bardzo delikatne. W wersji skróconej było tak, że dotarł do tego szpitala, powiedział co jest grane i poszedł na salę operacyjną, na której oprócz doktora, do którego się zwrócił z problemem zawitała również młodsza Pani doktor, która miała się tym zająć i druga starsza stojąca na czatach, czy cokolwiek tam robiła (gapiła się): "A  Panie to nie wyjdą?" młodsza odpowiedziała: "Nie, przecież będę panu to zszywała" - urwało się na myślach, które wybrzmiewałyby coś w stylu: "Tylko spokojnie, bądź spokojny, żeby tylko nie stanął."

piątek, 8 listopada 2013

Internety vs. telewizja

Zanim przeczytacie cały wpis odpowiedzcie na to pytanie poniżej w komentarzach: Czego używacie chętniej i częściej, telewizji czy internetu?

Internet rozwija się coraz szybciej, jeszcze niedawno służył tylko do wyszukania najprostszych informacji i łączeń. Dzisiaj jest podstawą każdego domu (dla niektórych jest domem) i powoli zaczyna zastępować wszystkie inne źródła informacji, i rozrywki.
Radio przebił już dawno, nie tylko pod względem publikowanych informacji, ale też rozrywki. Internet pozwala na wyszukiwanie muzyki dla każdego gustu, dzięki przeróżnym aplikacjom pozwala na tworzenie własnych playlist czy też pobieranie pojedynczych utworów do schowka, dzięki czemu zawsze możemy słuchać tego czego chcemy, a nie tak jak w przypadku radia, gdzie lecą zazwyczaj najwyżej notowane listy przebojów, czy przeżute, powtarzające się codziennie milion razy te same utwory.
Jeśli jesteśmy głodni informacji o bieżących wydarzeniach z kraju, czy też ze świata wystarczy kliknąć myszką. W każdej chwili możemy wyszukać to co nas konkretnie interesuje. W przypadku radia na zaspokojenie wiedzy o wiadomościach bieżących musimy czekać do wyznaczonej godziny na transmisje - co często jest niewygodne, chociażby przez aspekt braku czasu.
W internecie nie brakuje również "konkursów" czy innych "loterii", w których przypadkowa osoba zawsze ma szanse wygrać najnowsze BMW (to przytrafia się każdemu codziennie).

Jeśli chodzi o telewizje. Program telewizyjny jest zróżnicowany, tak aby każdy mógł znaleźć w nim coś dla siebie; "Moda na sukces" dla lifestylowych fanatyków, "Kuchenne rewolucje" dla głodomorów oraz wiele innych - jednak nadal trzeba czekać na konkretną godzinę emisji programu. Dostępna jest muzyka (Top 5 tygodnia). Dostępne są filmy na każdą chwilę (a raczej reklamy z przerwami na część filmu), no i oczywiście informacje (słabo i ogólnikowo przekazywane).
Według mnie jedna część internetu przebiła już dawno telewizje, a konkretnie "YouTube", telewizja osobista, na której każdy ma szanse na wyemitowanie siebie, na prowadzenie własnej "telewizji". W internecie możemy znaleźć wszystko to co oferuje nam telewizja, czyli filmy bez żadnych reklam, informacje, te które nas interesują przekazane dokładnie, muzykę, którą lubimy słuchać i możemy jej słuchać w każdej chwili, rozrywkę w milionach odsłon i wiele więcej przekraczając możliwości telewizji. To wszystko bez pilota.

Niestety wszystko się kiedyś kończy, "YouTube" się kiedyś skończy, "Blogger" się kiedyś skończy, ale telewizja się nigdy nie skończy. Dlaczego? Ponieważ ma ogromne przebicie i ogromną siłę manipulacji ludźmi, którzy często nawet sobie z tego nie zdają sprawy - zysk jest zbyt wielki.


 

czwartek, 7 listopada 2013

Kilka słów o czymś

Witam wszystkich serdecznie :) Słuchajcie jakiś czas temu na internetach pojawiło się coś takiego
jak "Bloglovin" - nie będę wam tutaj wyjaśniał o co z tym dokładnie chodzi i jak to działa (bo sam jeszcze nie wiem), powiem tylko tyle, że tam można mnie chyba jakoś znaleźć, dzięki temu również obserwować i czytać wszystko co opublikuje, nie wchodząc koniecznie tutaj. Dlatego też nie chcąc zaniedbać ludzi i innych followersów, którzy mnie już wyprzedzili i zdążyli obserwować tam moją stronkę zanim się zdążyłem zalogować (było zaskoczenie, było), to oczywiście zarejestrowałem się tam i w miarę możliwości szybko to wszystko ogarnę tak aby nic nikogo nie ominęło.
Tutaj muszę jeszcze wkleić kod żeby wszystko pięknie chodziło: <a href="http://www.bloglovin.com/blog/6733255/?claim=mtc45x437my">Follow my blog with Bloglovin</a>

Korzystając z okazji, skoro już tak o tej nowej stronce Bloglovin to zapraszam was również do śledzenia mnie i mojej muzyczki na https://play.spotify.com/user/1195482918 podczas której to wszystko oczywiście powstaje.
 Tak w ogóle to co tam u was moje ziomeczki? :)

poniedziałek, 4 listopada 2013

Beagle Lola

Lola jest jeszcze szczeniaczkiem Beagle, na świecie stawa kroki od około dwóch miesięcy co daje lekko ponad rok życia dla psa. Oczywiście podejmując się zadaniu wychowania Beagle'a co nie jest łatwą próbą - wiem, bo za każdym razem kiedy wychodzę z nią na spacer, każdy człowiek
przechodzący obok nas, zawsze sypnie jakąś ciekawostką odnośnie tej rasy: "A bo te psy wżerają tyle ile im się da, a potem są tłuste", "A no moja znajoma miała kiedyś Beagle'a to szalała w śmietniku", "Te Beagle to straszne złodzieje są! Zawsze zdejmują jedzenie ze stołu", "Wstręciuchy niesamowite, nie da się ich niczego nauczyć, no ale trzeba przyznać, że są przepiękne i jak się tutaj nie zakochać?" - Także, mogę zacząć pisać poradnik. Chociaż pamiętam, że raz rozmawiałem ze starszą panią, która nie wiedziała dlaczego jej Beagle jest spasiony...pewnie dlatego, że za dużo się rusza i ma już za duże mięśnie.
 Wracając do wstępu: Oczywiście podejmując się zadaniu wychowania tej znienawidzonej z charakteru, ale umiłowanej z wyglądu zewnętrznego rasy staram się to jakoś ogarnąć i stawiam surowe rygory: 
1. Nie słuchać się ludzi, którzy nie mają pojęcia jak wytresować psa.

Zapewne to zawsze rasa jest winna swojemu złemu zachowaniu, a nie brak zainteresowania psem ze strony właściciela. Tak jak to bywa ze stereotypami o Pitbullach, które zawsze, wszędzie i o każdej porze są agresywne, i nic nie da się z tym zrobić. W mieście, w którym mieszkam NIGDY nie widziałem agresywnego Pitbulla i nigdy nie słyszałem o ich ataku na człowieka, co zdarza się oczywiście w stanach (skąd to się wszystko wzięło tak jak wszystko inne), gdzie te psy nie mają opiekunów i biegają luzem automatycznie pozbawione tresury, dlatego zachowują się tak, a nie inaczej. Jednak z drugiej strony, co drugi Labrador, którego widzę jest spasiony i ledwo co idzie, ale tak to jest oczywiście kwestia rasy, przecież dobrze zbudowane labradory nie istnieją. Odwołując się do porad i ciekawostek, którymi każdego dnia jestem zaszczycany - przeważnie ludzie, którzy to mówią idą właśnie ze świnią (czytaj: Beagle) na smyczy.

Od jakiegoś czasu próbuję przystosować i przyzwyczaić własnego psa do jakichś tam norm, dlatego postanowiłem zaprosić swoją dziewczynę z jej psem Yorkiem do siebie do domu i przetestować umiejętności społeczne Loli. Okazało się, że dwumiesięczny piesek potrafi bawić się jedynie poprzez podgryzanie drugiego psa, a wiadomo Yorki jak to Yorki przeważnie mają dłuższą sierść (włosy, Yorki mają włosy) no i ta Lola tak podgryzała Fadusia, tego Yorka, że wyrywała mu głębki włosów ze skóry, a on przestraszony uciekał tam gdzie ona nie potrafi się dostać, czyli na sofę. Jednak na zewnątrz gdzie miejsca zrobiło się trochę więcej, to Fado poganiał Lole, bo ta jeszcze bez dobrej koordynacji wywalała się przy każdym zakręcie. 

Posiadanie psa stawia pretekst i dodatkową motywacje do odrobiny ruchu, dlatego też biegam z nią codziennie nad jeziorem. Kiedy zaczynałem, bałem się ją trochę spuszczać ze smyczy, nie wiedziałem jak się zachowa, no bo jak ma się zachować szogun bez kontroli nad nim? Okazało się tak, że biegała za każdym innym człowiekiem, nieważne czy szedł, biegł czy też jechał na rowerze w innym kierunku niż ja. Raz było tak, że zerwała się za biegnącym facetem w przeciwną stronę, no a ja oczywiście z nią. Biegnie temu facetowi po kostkach podgryza go tam, ja biegnę za nimi i nagle facet się odwraca i mówi: "Mogę się zatrzymać jeśli pan chce" - Nie no co ty, biegnij sobie dalej.  Raz się rzuciła na kaczkę do wody na smyczy z krawędzi około pół metra. Rozpakowała sobie w samochodzie zakupy i zjadła pół kilo surowego mięsa mielonego po czym zrzygała się siostrze do szafy na ciuchy. Zmusiła nas do wielokrotnego zmieniania pościeli no i takie tam pieskie życie.

poniedziałek, 28 października 2013

Herbatka na fizyce ?

Fizyka rozszerzona to nic ciekawego, co jakiś czas pojawia się tylko złudzenie, które uświadamia mi, że wcale nie miałem już za sobą najdłuższego sposobu rozwiązania zadania.

Jednak mimo wszystko kiedy cyfry, liczby czy wzory XYZmenów załamują najbardziej, zawsze można liczyć na refleksję profesora. Dwumetrowy człowiek przeciskający się przez malutkie drzwi od kanciapy trzymający w ręku szklany kubek, w którym stał kolejny jednorazowy, plastikowy sam w sobie może wydawać się śmieszny, jednak dodając do tego taką refleksję:

"Rozmyślałem nad częstotliwością naszych zajęć i doszedłem do wniosku, że podejmiemy się pewnego eksperymentu." - Cała klasa w spokoju jak nigdy wcześniej zastanawiała się po co mu te kubki. "Będąc na zapleczu obmyśliłem, że jeść na lekcjach już można, dlatego moglibyśmy poddać się kolejnemu eksperymentu. Moglibyśmy pić herbatę na naszych lekcjach, jednak tutaj pojawia się problem." - Postawił obydwa kubki na biurku prezentując każdy z osobna. "Pijąc herbatę ze szklanego kubka jest o wiele wygodniej, niestety zawsze 10min. przed końcem lekcji ktoś będzie musiał schodzić na dół zabierając ze sobą dwadzieścia kubków i je myć, co ostatecznie staje się uciążliwe i niepotrzebne." - odstawił szklany kubek i podniósł plastikowy, jednorazowy. "Picie z plastikowego kubeczka może wydawać się wygodniejsze, ale niestety jest on niestabilny." - prezentując jego niestabilność pchnął dłonią kubek tak, że się przewrócił (to dopiero fizyk). "Tutaj pojawia się problem, przez to możemy sobie pozalewać książki i zeszyty, ale spokojnie znalazłem bezpieczne wyjście." Włożył plastikowy kubek do szklanego. "Teraz jest on stabilny i możemy z niego śmiało pić."

Dwudziestominutowy monolog na temat kubków zawsze umila czas na fizyce. Ale przynajmniej wiemy, że ten plastikowy jest niestabilny!

sobota, 19 października 2013

Legendarne zdjęcia „Struggling Girl”

Często jest nam dane napotykać się na szokujące zdjęcia, na wstrząsające ujęcia fotoreporterów ukazujących prawdę o świecie, niestety nie taką jaką chcielibyśmy zobaczyć - jednak mimo wszystko prawdę, która zostaje w pamięci. 

Kevin Carter, którego zdjęcia można rozpoznawać po lekturze książki: "Bractwo Bang Bang", po seansie filmu "The Bang Bang Club" lub z innych źródeł, jest autorem legendarnych zdjęć takich jak: "Struggling Girl", które przedstawia kilkuletnią wygłodzoną i doszczętnie wychudzoną dziewczynkę, która już nie ma sił dalej iść oraz sępa czekającego w oddali na śmierć dziewczynki, która w bliskiej przyszłości miała stać się jego pokarmem.
 
Tym zdjęciem Kevin Carter zapewnił sobie nagrodę Pulitzera (prestiżowa nagroda), które świetnie odegrało rolę przedstawienia obecnej sytuacji w RPA i otworzyło oczy światu na problem głodu w Afryce. Carter po wykonaniu zdjęcia odszedł z miejsca zdarzenia zostawiając dziewczynkę samą i bezbronną. Nikt do dziś nie wie jakie losy doczekały dziewczynki. Jednak gdy powrócił oklaski szybko zamieniły się na ataki słowne i niezrozumienie ze strony ludności i dziennikarzy: "Dlaczego Pan jej nie pomógł?", "Dlaczego Pan pozwolił tej dziewczynce umrzeć?", "Przecież mógł Pan ją uratować". Ludzie szybko zaczęli czuć nienawiść do Cartera za to jak się zachował. 
Pracą fotoreportera jest ujęcie jak najwięcej i jak najlepszych ujęć ukazujących prawdę, a nie ratowanie każdego człowieka, tylko dlatego, że jest w centrum zdarzenia. Ten obowiązek spoczywa na barkach sił ONZ i innych ugrupowań walczących z problemem głodu w RPA. 


Ludzie jednak nie rozumieli krzycząc dalej: "Jak tak można!", mówili: "Ja bym jej pomógł". Brzydko mówiąc, gówno prawda. Ludzie codziennie spotykają na ulicach patologie, ludzi żebrzących o jedzenie. Nie od dziś i nie od niedawna na ulicach mija się ludzi wygłodzonych często też bezdomnych, a ludzie mijają ich bezinteresownie nie przejmując się ich sytuacją, często odwracając wzrok.
 
Każdy fotoreporter udostępniając takie zdjęcia (jak tutaj zamieszczone) nie stawia jednak ludzi w łatwej sytuacji. Ludzie obserwując je są zmuszani do odczuwania empatii, często nie wiedzą jak się zachować i dlatego współczują. Tym się usprawiedliwiają: "Przecież ja współczuje, ja już nie muszę nic robić, bo współczuję." I na tym zazwyczaj się kończy. 

Kevin Carter po kilku latach popełnił samobójstwo, nie radząc sobie z depresją.

czwartek, 17 października 2013

"Hello Kitty"

"Hello Kitty", marka uwielbiana przez młode dziewczynki (być może i chłopców). Dlaczego tak naprawdę kotek z logo "Hello Kitty" nie ma ust, a księża ostrzegają przed masowym opętaniem i dziełem szatana?

Gdyby się zagłębić w pochodzenie marki "Hello Kitty", a chociażby wysilić się o odwiedzenie internetowego sklepu znaleźlibyśmy na niej nie tylko różowe piórniki czy plecaki z uroczym kotkiem, ale także kilka drobnych niespodzianek (wręcz niezauważalnych), których tak naprawdę do niedawna chyba nikt nie odkrył - inaczej o tym wydarzeniu byłoby głośniej o wiele wcześniej. Wracając do "niespodzianek" na sklepie internetowym link tutaj:http://www.kittyhell.com/ możemy znaleźć nie tylko przesłodkie akcesoria dla najmłodszych, ale równie słodkie zabaweczki dla tych nieco starszych, jak np. wibratory z logiem małego kotka, prezerwatywy, a nawet bieliznę, stringi dla 9-latek.

Księża odkrywszy to wszystko oczywiście od razu zabronili głosząc na niedzielnych mszach i wszystkich innych, że zabrania się zakupu najmłodszym akcesoriów z marki "Hello Kitty", ponieważ grozi to najzwyczajniej w świecie opętaniem (tak po prostu). Dlatego jak wiecie te kilka szkół w Polsce, te podstawowe sięgnęły po rady księży i wydały zakaz posiadania akcesoriów szkolnych czy jakichkolwiek innych marki przyjaznego kotka, inaczej grozi zarekwirowaniem i zyskaniem statusu opętanej/opętanego (synu wiem, że masz 7lat i nie wiesz co to znaczy, ale jesteś opętany!). Tylko dlaczego szkoły, które sięgnęły po te działania są szkołami głównie chrześcijańskimi, głównie pod patronem świętych, na to pytanie chyba nie trzeba odpowiadać. Ale to nie wszystko podobno kotek, ma wprowadzać dzieci od najmłodszych lat w sferę seksualności, dlaczego? Bo najczęściej nosi różowe elementy na swoim stroju, który jest kolorem seksualności.

Tylko skąd to się wszystko wzięło? Niewinny kotek nagle sprzedaje prezerwatywy i opętuje niewinne młode dzieci?

Zastanawialiście się kiedyś dlaczego tak naprawdę kotek z logo firmy "Hello Kitty" nie ma ust? A no dlatego, że facet czy kobieta (każde źródło twierdzi inaczej), ale opowiedzmy najpierw historię faceta, który założył tą firmę, ponieważ miał córkę, która miała raka jamy ustnej (dlatego kotek nie ma ust) i w krokach jej ratowania podpisał pakt z diabłem, i oświadczył mu, że jeśli on uzdrowi jego córkę to on w zamian stworzy na świecie ikonę, która będzie sławna na świecie - oczywiście ku chwale piekieł. Tak naprawdę nazwę "Hello Kitty" powinniśmy wymawiać jako "Hell-O-Kitty" - czyli po prostu, "kotek z piekieł."
Czytałem gdzieś wcześniej, że pewien katecheta właśnie w jednej z tych szkół chrześcijańskich wygłosił kazanie w podstawówce. Kiedy napisał na tablicy jak naprawdę to powinno się pisać i co to oznacza nagle jedna z dziewczynek (oczywiście fanka marki do bólu) wstała oburzona i powiedziała: "Proszę Pana! Ale co Pan robi?! Tak nie wolno! Nie wolno tak pisać!" - po czym podeszła do tablicy i zmazała napis. Po tym wszystkich katecheta, uświadomił jej rodziców, że ich córka jest opętana i to szatan kazał jej to zrobić. (Podejdź do tablicy, żeby poprawić błąd w pisowni i dowiedz się, że jesteś opętany...)

Druga jednak wersja twierdzi, że firma zatrudniła kobietę, która założyła pomysł, który miał na celu stworzenie kotka bez ust, tylko dlatego że w każdej chwili będzie on w takim samym nastroju co my. Kiedy jesteśmy szczęśliwi kotek bez ust również wydaje się być na szczęśliwy, jednak kiedy jesteśmy smutni, wtedy kotek również wydaje się być troszkę przygnębiony - co dla dzieci jest oczywiście świetnym o prostym rozwiązaniem. 

Jak dla mnie to obydwie wersje (o ile nie ma więcej) mają swoje podłoże i coś w stylu drugiego dna. Mogą być prawdziwe, ale nie muszą, kto wie (pewnie księża i egzorcyści). Dzisiaj każdy typ mediów piszę własną inną informacje o danej sytuacji, tylko po to żeby sprzedać coś nowego i zarazem bardziej interesującego, ale czy prawdziwego?