środa, 27 marca 2013

Bilecik do kontroli



Każdy z nas, a przynajmniej większość jeździła gdzieś tam i kiedyś tam autobusami miejskimi, każdy z nas miał do czynienia z tzw.: "kanarem" widział go, uciekał przed nim, podejmował ryzykowne rozmowy, albo po prostu udawał, że śpi.
Wszystko się oczywiście sprowadza do jednego tematu... - jeżdżenie autobusem miejskim na gapę, bez bileciku, bez legitymacji. Albo się uda, albo się nie uda. Wiadomo Ci co mają miesięczne to sobie jeżdżą spokojnie, ale nie każdemu zawsze chce się iść po ten bilet do kiosku, bo albo przypomnę sobie na przystanku, że nie kupiłem biletu i trzeba iść do tego kiosku, kupić go i z powrotem zamiatać na przystanek (męczące). W końcu decydujemy się nie kupować tego bileciku no bo w sumie i tak blisko, jadę tym autobusem zaledwie kilka minut więc co może się stać? Zapewne będzie zapchany, bo godziny po południowe, babcie będą wracały z torbami z zakupami do domu (typowo), gimbaza z plecakami i inni poszukiwacze przygód, więc uda się ewentualnie gdzieś tam upchać w razie co (wmieszać się w tłum).
Teraz kiedy przedstawiłem wam taki "support" jak to mniej więcej wygląda u każdego w głowie przed wejściem do autobusu bez bileciku, opowiem wam jak to bywało u mnie:
Pamiętam wakacje, rok temu w Płocku, spędzałem je u mojego kuzyna, któregoś tam dnia postanowiliśmy wybrać się do galerii handlowej, na miasto i gdzieś tam. Mieszkaliśmy delikatnie mówiąc "na obrzeżach" miasta więc musieliśmy trochę tymi autobusami się najeździć. Pierwszy bilecik mniej więcej do centrum oczywiście kupiliśmy i skasowaliśmy (podręcznikowo). Na drugi autobus, który miał nas wysadzić dokładnie przed galerią handlową mieliśmy jakieś 5 min. dojścia od momentu kiedy wyjdziemy z pierwszego (nie lada wyzwanie). Wysiedliśmy z pierwszego, idziemy spokojnie zadowoleni, że przyjechaliśmy wcześniej i mamy więcej czasu. Idziemy tak i idziemy i nagle kuzyn, bo ja się nie znałem za bardzo na tamtejszych autobusach, krzyknął: "Nasz autobus! Biegniemy!" - no to biegniemy, autobus już nas wyprzedził, a do przystanku dzieliło nas jakieś 50metrów prostej drogi, przejście przez drogę, pasy, światła (stanie na światłach odpadało) no i jeszcze trochę tam slalomu, pomiędzy ludźmi z psami, babciami zajmującymi połowę chodnika i innymi...bezdomnymi. Udało nam się dobiec na ostatnią chwilę, wbiegliśmy do autobusu dosłownie w ostatnim momencie. Do przejechania mieliśmy konkretny kawałek drogi, w środku przypomniało mi się: "Ty, a my bilety mamy?!" - Ojjj... tutaj pojawił się problem, jedziemy w sumie spory kawałek drogi, nie mamy biletów, wypatrujemy kanara czy czasami nas nie zaskoczy, no ale dobra już jedziemy, przemieściliśmy się tylko bliżej drzwi (miejsca stojące) w razie gdyby kanar zaczął kasować bileciki. Stoimy tak przy tych drzwiach, czekamy na ten przystanek, czekamy, nagle kuzyn: "Czemu my skręcamy? Kurwaaa wsiedliśmy do złego autobusu" - fail, wysiedliśmy w sumie na najbliższym przystanku i poszliśmy sobie na kolejny autobus. Biegliśmy taki kawał, już myśleliśmy że nie zdążymy, a kiedy już wsiedliśmy na ostatnia chwilę do autobusu, kiedy już całe ciśnienie zeszło okazało się, ze biegliśmy do złego autobusu (cudownie, taki tam pościg za złym autobusem).
Mój znajomy też kiedyś postanowił podjechać sobie na osiedle bez bileciku, w sumie blisko to co tam - zaryzykował. W środku już kiedy miał wysiadać, dosłownie autobus już zjeżdżał na przystanek podszedł do niego kanar w cywilu: "Bilecik proszę" ten już załamany, nie wiedział co powiedzieć: "Niestety nie mam, kompletnie mi wypadło" kanar na to: "No to niestety, ale mandacik będzie, proszę podać imię nazwisko i adres" - Pod wpływem adrenaliny zadecydował skłamać, podał jakieś tam fałszywe imię i nazwisko, no i adres oczywiście też sfałszowany - adres, który podał był tak cholernie kiepsko trafiony, bo okazało się, że pod adresem, który podał mieszkał akurat ten kanar (także...), no słabo było... niemożliwe, ale jednak. W efekcie dostał mandat za brak bileciku no i jakieś tam dosyć duże nieprzyjemności związane z podaniem błędnych danych osobistych (załamka).
Któregoś tam dnia, już zupełnie oddalone czasowo od powyższych zdarzeń jechałem sobie nie autobusem, a tramwajem. Już nie ważne gdzie, bo nawet nie pamiętam, ważne że jechałem i to co się wydarzyło. Tramwaj zupełnie zapchany po brzegi, sardynki w puszce mają już więcej miejsca. Zupełnie zapomniałem o bilecie, jakoś tak nawet o tym nie pomyślałem, tym bardziej, że przeważnie kupuje te bileciki. Za często nie jeżdżę tramwajem, powiedziałbym raczej bardzo rzadko no i nawet mi przez myśl nie przyszło aby kupić bilet. Siedzę sobie grzecznie, słuchawki na uszach, wzrok wbity na okno i to co się za nim dzieje, nagle ktoś mnie szturcha: „Proszę Pana! Bilecik do kontroli.” – o cholera – pomyślałem, całkowicie mi wypadło, musiałem coś wymyślić tym bardziej, że nie uśmiechało mi się któryś już raz płacić mandatu, więc tak o zaimprowizowałem: „Bilecik? Jaki Bilecik? Proszę Pana ja pierwszy raz w życiu tym w ogóle jadę, kompletnie jestem zdezorientowany i ledwo co się nie pogubiłem w tym wszystkim. Ludzie na przystanku mi powiedzieli gdzie to jedzie. W dużym mieście byłem dosłownie parę razy. Pochodzę ze wsi i do rodziny przyjechałem w odwiedziny, nie miałem bladego pojęcia, że trzeba kupić jakiś bilecik, a to jest jedyny możliwy transport w mojej sytuacji”. Starszy człowiek z dosyć fajną brodą patrzy się tak na mnie jak na jakiegoś neandertalczyka, nie wiedział kompletnie co powiedzieć, chyba pierwszy raz w życiu był w takiej sytuacji: „No dobrze, tym razem będzie tylko upomnienie, ale proszę następnym razem uważać i kupować bilety.” No i takim oto sposobem uniknąłem możliwej kary, był to czysty spontan roku, akcja mojego życia. Opowiadałem to każdemu znajomemu, którego spotkałem.
Dzisiaj nic się nie zmieniło, jak się pamięta to się kupi ten bilecik, a jak nie to różnie bywa.