czwartek, 21 marca 2013

Kwarantanna

Leżę sobie kilka dni temu przed telewizorem i oglądam jakieś przyrodnicze kanały (typowy chill), wszystko miło, odkrywczo, edukacyjnie a tu nagle podchodzi do mnie mama i mówi: "Co ty masz za wysypkę na twarzy?" - zdziwiłem się: "Co? Mam jakąś wysypkę?", mama podchodzi bliżej: "No tak masz całą twarz w wysypce". Idę szybko do lustra obejrzeć się, faktycznie byłem czerwony jak burak, a raczej wyglądałem jak papier ścierny. Mama pobiegła od razu do sąsiada, który jest moim lekarzem pierwszego kontaktu, a ja stałem przed tym lustrem i próbowałem zrozumieć "Co tu jest grane?". Wraca od sąsiada i mówi: "sprawdź czy masz powiększone węzły chłonne za uszami albo na szyi" - sprawdziłem no i wyczułem jakieś tam kulki: "No mam", mama się uśmiechnęła: "No to masz różyczkę kochany" - siedzę taki zdziwiony, zamurowany i sprawdzam te węzły chłonne, w ogóle nie wiedziałem co się dzieje, przecież jak, gdzie, kiedy? Luzowałem się na kanapie przed telewizorem, a tu nagle różyczka mnie zaatakowała - no kurde nawet nic nie czułem (przesrane). Z drugiej strony nawet fajnie, jutro mam duży test z matmy także elegancko bo i tak nie pójdę do szkoły.
 Siedzę przed kompem taki zadowolony, że nie idę do szkoły i w ogóle najszczęśliwszy dzień w moim życiu, przychodzi mama: "Byłam u sąsiada i powiedział żebyś przyszedł jutro do niego rano, on Cię zarejestruje także od razu tam do niego idź" - Tak jestem szlachcicem bo mam sąsiada lekarza i wchodzę bez kolejki ! Także jak jesteście chorzy i siedzicie gdzieś tam w poczekali z numerkiem 42 to pozdrawiam(szybko zleci).
 Następnego dnia wstaje rano, dokładnie o 6.00 okropnie niewyspany, bo budziłem się w nocy chyba co 30minut. Wstaję, ogarniam się i idę do lustra - ... (no ten tego). Pierwsza myśl "Wyglądam jakbym zasnął twarzą na tartanie". Ubieram się, zamaskowałem najszczelniej jak mogłem aby nie wzbudzać niepotrzebnego podniecenia wśród przechodniów i idę twardo (ubolewałem nad brakiem kominiarki).
 Wchodzę do przychodni, szybciutko po schodkach do góry, a tutaj więcej mocherów niż w niedziele na mszy, przeciskam się środkiem, nawet nie wezmą tych swoich chodaków, kul, wózków, worków, kijków i innych dziwnych przedmiotów czy wspomagaczy na bok.
 Idę w kierunku gabinetu mojego lekarza, podchodzę do drzwi i nie widzę tych napisów: doktor taki i taki, przyjmuje w godzinach takich i takich i inne. Myślę: "Co on przeniósł się?" - No ale ludzie siedzą, czekają to zapytałem tym typowym hasłem: "Kto ostatni do doktora XYZ ?". Ludzie patrzą się na mnie i mówią: "Ale ten doktor tutaj nie przyjmuje" - Ahaaa... to idę szukać dalej tego jego gabinetu. Sprawdzam każde drzwi, czytam i nic nie ma go nigdzie. Ci sami ludzie nagle krzyczą do mnie, że przecież on tutaj przyjmuje - no to w końcu co, przyjmuje tam czy nie? (zrozumieć mochera...).
 Wchodzę następny do środka, witam się, a doktor do mnie: "No młody słyszałem, że się bawisz w dziecinne choroby ?" zaśmiałem się: "No niestety, co poradzę". Pokazałem co mnie swędzi, co na sercu leży i posłuchałem trochę kazań przy badaniach. Okazało się, że zaraziłem się jakiś minimum jakiś tydzień temu, ponieważ tyle czasu potrzebuje ta choroba aby ukazać objawy, same objawy trzymają około tygodnia no i kolejny tydzień po zaniku objawów nadal zarażam. Objawy są następujące: swędząca wysypka, ból głowy, ból gardła, zapchany nos, grypa, bóle nerwów - jakaś agresywna ta różyczka. Tak trochę załamałem się podczas tej wizyty, a na zakończenie dowiedziałem się, że nie mogę się myć przez tydzień, także... no i nie mogłem oczywiście wychodzić z domu, nikt nie mógł mnie odwiedzać, no ale tam już trudno - przynajmniej mam dużo czasu na expienie.