wtorek, 2 kwietnia 2013

WOLONTARIUSZ

W poprzednią sobotę byłem wolontariuszem przez duże "W" - cała akcja polegała na tym taka, że z 20 zebranych ludzi podzieliliśmy się na 2 osobowe grupy i wyruszyliśmy w miasto (robić hajs) zbierać pieniądze do puszek od bogatych mocherów i dobrych ludzi dla chorego kolegi, który zachorował na białaczkę. Pierwszy raz w życiu byłem wolontariuszem i od razu dostałem bardzo fajny identyfikator (który mi potem zabrali) no i puszkę. W zasadzie to było wtedy, kiedy jeszcze chorowałem na tą agresywną różyczkę, wyszedłem po raz pierwszy z domu po całym tygodniu siedzenia na dupie - czułem się jak taki no-life, który po całej przegranej zimie na komputerze wychodzi poza dom w lato i nie wie co się dzieje(mamo? przyjaciele?). Ale było już dobrze, nie miałem żadnych objawów, no ale zarażałem jeszcze tydzień - jakoś tak się okazało, że wszyscy o tym wiedzieli i tak jakoś niechętnie się do mnie zbliżali (smutek).
Wyszliśmy na miasto w tych grupach, wszyscy kierowali się oczywiście na centrum miasta, przed większe sklepy, rynki i tak dalej. Moje stado, dwuosobowa grupa udała się tradycyjnie pod biedronkę - no bo gdzie może być więcej ludzi ? Z początku jakoś tak niechętnie to wszystko wychodziło: "To ty gadasz, a ja trzymam puszkę", "Nie to ty gadasz a ja trzymam puszkę", "Tobie tą puszkę zaraz ktoś zabierze", "a Tobie nawet nikt nie będzie chciał nic dać". Wyszło tak, że ja miałem podchodzić do ludzi, tylko nie wiedziałem co mam mówić, wymyśliłem szybko coś w głowie, miało to być coś w stylu: "Dzień dobry. Zbieramy pieniądze dla naszego kolegi, który choruje na białaczkę". Pierwsza, druga, trzecia osoba - gładko poszło, szło tak przez jakiś czas, dostawałem sporo kasy, w końcu ukazało się wypalenie zawodowe - obrałem cel, starsza babcia, zastawiam drogę do wyjścia, podchodzę: "Dzień dobry. Zbieramy krew dla naszego...(chwila) zbieramy krew? Dziewczyna, z którą byłem w grupie zaśmiała się, a ja nie wiedziałem co już mam powiedzieć, sam dusiłem w sobie śmiech. Babcia spojrzała tylko na mnie ciężko i odeszła nic nie mówiąc, pomyślała pewnie, że jaja sobie z niej robię czy coś.
Najlepsi są ludzie co mają kompletnie wyjebane na to co mówisz i idą dalej udając, że nic nie słyszą. Przy innych wystarczy, że powiesz tylko "Dzień dobry!", pokażesz puszkę, a oni od razu pomachają przecząco ręką i odejdą. Prawie co drugi facet idący z wózkiem pełnym zakupów (potencjonalne źródło kasy) obraca się i tłumaczy, że portfel ma jego żona, gdzie zazwyczaj przez następny kwadrans nie mijała mnie żadna młodsza kobieta. Podchodziłem też do kilku młodszych ludzi wypowiadając bezbłędnie regułkę: "Dzień dobry. Zbieramy pieniądze dla naszego kolegi, który choruje na białaczkę" - bez zastanawiania odpowiadali: "Ta ja też", "No ja nie wiem czy ja mogę wam zaufać, bo teraz tyle tych oszustów się kręci", "A później za to wódkę sobie kupisz co?".
Był taki moment kiedy wychodziło dużo osób ze sklepu, od razu sobie pomyślałem: "ale teraz dostanę kasy" podchodzę do nich i mówię: "Dzień dobry. Zbieramy pieniądze dla naszego kolegi, który choruje na białaczkę" - w połowie skumałem, że nikt mnie nie słucha i każdy rozchodzi się w swoją stronę, no w zasadzie nikt nie wiedział do kogo mówię i zostałem sam bez grosza z tej sytuacji (lekkie rozczarowanie).
Ostatnim takim eventem, już pod koniec zmiany okazała się oczywiście starsza babcia, taki typowy mocher. Podchodzę mówię ładnie "Dzień dobry" tłumaczę na co zbieramy pieniądze. Wpatrywała się na mnie jeszcze z 5 sekund po tym jak skończyłem tak jakby musiała przyjąć do siebie wszystkie te informacje, którymi ją zasypałem i odpowiedziała: "Tak, tak ! Już wam coś dam, biednym trzeba pomagać, sama mam w rodzinie chorą osobę dlatego wiem jak to ciężko jest, oczywiście już, już" - W obydwu rękach trzymała zapakowane do oporu siatki z zakupami, schyliła się, położyła je na ziemie przy czym stłukła się szklana butelka z octem: "A CHOLERA JASNA! TYLKO OCET STRACIŁAM! NIC WAM NIE DAJE! CHOLERA JASNA!".