poniedziałek, 27 maja 2013

SKLEPIK SZKOLNY

Moja mama pracuje w sklepiku szkolnym w podstawówce, to całkiem przyjemna praca jak okazało się to kiedy zastąpiłem ją w piątek. Przyszedłem do szkoły o 6.30 rano, otworzyłem sklepik, wszedłem do środka, spojrzałem na to wszystko co stoi za ladą i powiedziałem: "Wszystko za darmo!"(to najszczęśliwszy dzień w moim życiu!). Poczekałem jeszcze tylko na faceta, który przywozi bułki i zjadłem sobie śniadanie, do tego trochę różnych słodkości, które leżały na półkach i o które nikt się nie upominał, bo jeszcze w sklepiku było pusto. Do 7.00 rano zanim jeszcze dzieciaki zaczęły schodzić się do szkoły na pierwszą lekcję najadłem się tak, że nie mogłem się ruszać (do kibla zdążyłem już kilka razy pójść). Kiedy zadzwonił pierwszy dzwonek na przerwę wstałem i oczekiwałem pierwszej klienteli. Pierwsza fala okazała się całkiem łagodna, wpadło dosłownie kilka dzieci z rodzicami po coś do jedzenia i picia na cały dzień, przy tym kiedy obsłużyłem pierwszych z nich dziecko powiedziało: Mamo! Mamo! Daj mi jeszcze pieniążka na coś słodkiego na później." Mama patrzy się na dziecko i wyciąga portfel z torebki, a z niego 10zł które przekazała dziecku: "Ta kasa będzie moja!" - pomyślałem sobie. I miałem w zasadzie chyba rację, nie jestem pewien, ale kiedy zadzwonił następny dzwonek na przerwę, a ja byłem jeszcze bardziej najedzony tym wszystkim nastąpił prawdziwy atak, a ja się czułem jak mors, który osiadł na mieliźnie (dosłownie). Mnóstwo dzieciaków wpadło nagle do środka drąc się jeden przez drugiego i przepychając przed ladom, pudełka z żelkami spadały na ziemię, a drobne dziewczynki, które stały jako pierwsze zostawały albo pochłonięte przez tłum, albo po prostu miażdżone po czym same odpuściły (rezygnacja). Dzieci wymachiwały rękoma aby ich obsłużyć, wybierałem jedno po drugim. Nagle jedno daje mi 10zł do ręki i pyta się: "A na co mi starczy?" no to odpowiedziałem: "No wiesz, na wszystko Ci starczy, a co być chciała?" pomyślała troszkę, podłubała w nosie, posłuchała koleżanek które nieśmiało podpowiadały jej do ucha (typowe żydki): "Weź chrupki!", "Nie weź tamte cukierki!". W końcu zdecydowała z niepewnością: "To ja poproszę dwie takie żelki i lizaka" - podaję jej to co chciała do ręki, schylam się pod ladę, aby wybrać resztę, a kiedy podniosłem głowę jej już tam nie było...dziewczynka kupiła dwie żelki za 30gr. i jednego lizaka za 80gr. dała mi 10zł i poszła sobie nie czekając nawet na resztę (dla mnie spoko) - oby każdy klient taki był i faktycznie tak było, bo zdarzyło się jeszcze kilka takich przypadków. Kiedy sobie usiadłem i na spokojnie zjadłem kolejnego batona pomyślałem: Po co Ci rodzice dają tyle pieniędzy swoim dzieciom skoro doskonale wiedzą, że nie znają się oni jeszcze na pieniądzach? Nie rozumiem jaki jest sens. Potem wraca takie dziecko do domu i mama się pyta: "I co tam sobie kupiłeś dzisiaj w szkole?" dziecko odpowiada: "No dwie żelki i lizaka" rodzice:" Za dziesięć złotych?! A gdzie reszta?" a dziecko: "No nie ma. Jaka reszta? Nie dostałam." (nie dostałam bo spierdoliłam zanim Pan zdążył schylić się pod ladę). Nie przez cały dzień było tak kolorowo. Siedziałem sobie spokojnie i odpoczywałem po długiej przerwie kiedy dzieciaków było najwięcej, wyczerpany jak nigdy, tymi wszystkimi krzykami, doradzaniem co może sobie dziecko kupić, czekanie na tą decyzję kiedy reszta dzieciaków wkłada mi palce do oczu bo im się śpieszy, a tu nagle przybiega dzieciaczek taki drobny, że nawet nie słyszałem kiedy przyszedł, a kiedy usłyszałem stukanie monetą podszedłem do lady i nawet go nie widziałem bo był zbyt niski. Stanął na palcach, zaparł się łokciami o blat, daje mi 10gr. do ręki i pyta się co może za to kupić (załamka), odpowiedziałem, że mogę mu dać jedynie dwa cukierki za 5 groszy. Pomyślał trochę: "A tamto?" popatrzałem na to na co wskazywał i powiedziałem: "Nie. To nie, to kosztuje ponad 2zł a ty nie masz tyle pieniążków" - i tak zapytał jeszcze o kilka rzeczy, po czym zrezygnował i powiedział "A to dziękuję" i poszedł sobie...(niby to jeszcze dziecko, no ale załamuje). Stałem przed nim z 10min. po czym oświadczył, że jednak nic nie kupi. Takich ziółek również przyszło kilka razy. Jedno co mi się spodobało w tym wszystkim to kiedy zadzwonił dzwonek na lekcje, a nie wszyscy zdążyli jeszcze coś kupić. Momentalnie ogrom krzyków i narzekania: "O cholercia no!", "Kurczę! Nie zdążyłem!", "Jaaaaaaaa...." i nagle wszyscy jak w wojsku odwracają się na pięcie i tak samo jak szybko się tu znaleźli zniknęli, zostawiając po sobie jedynie zniesmaczenie.

niedziela, 26 maja 2013

POLSKA W STEREOTYPIE

"Polska to beznadziejny kraj, każdy polak to złodziej i nierób, Polacy wiecznie narzekają, Polacy piją tylko wódkę, przestępstwa w Polsce są na porządku dziennym." Wiem jakie mniej więcej jest zdanie obcokrajowców na temat Polski, wszyscy wiemy. Jednak czy to daje nam powód abyśmy myśleli tak samo? Nie wiem dlaczego większość, (żeby już nie powiedzieć wszyscy) myśli tak samo, jakby mechanicznie. Mówią i kierują się tymi stereotypami, karmią nimi siebie i wszystkich, którzy tego słuchają, a słuchający nie mają nawet szans pomyśleć o tym i wyrobić własnego zdania, bo ogrom ludzi wbijających im te głupoty do głowy po prostu ich przytłacza (i jak tutaj myśleć inaczej?). Właśnie tak rodzi się stereotyp, ludzie gadają i rozsiewają głupoty na podstawie kilku osób obrazując w ten sposób cały kraj. Ludzie mocno wierzą w to co sami mówią, ale jeszcze bardziej wierzą w to co mówią inni - dlatego, zanim jeszcze tymi narzekającymi nierobami i terroryzującymi alkoholikami się staną uwierzą w to co mówią inni i zaczną takimi być. A obcokrajowcy w to wszystko wierzą, dlaczego? Bo nigdy nie byli w Polsce, nie wiedzą jak tutaj jest i jedyne czym mogą się kierować i czym sobie tą Polskę zobrazować są właśnie stereotypy (najprostsza droga). Bo gdyby mieli powiedzieć coś o Polsce nie będąc w niej nigdy wcześniej mogliby się kierować jedynie przypuszczeniami, które są tylko przypuszczeniami, a stereotypy wzięły się ze źródła czyli z Polski co oznacza dla nich coś wiarygodnego. Ludzie kraczą, że Polacy i tak wszystko zrobią źle, jeśli coś złego to w Polsce, gadają, a raczej już krzyczą, że Polak Polakowi jak najgorzej życzy, w Polsce wszystko najgorsze, że ukradną wszystko i sprzedadzą (w Polsce zajebią Ci rower) - otóż to narzekają tylko Ci którzy takowe stereotypy rozsiewają (hipokryci). Jestem Polakiem, mieszkam w Polsce mam obywatelstwo Polskie, Polski paszport, Polską legitymację szkolną, kartę rowerową (przede wszystkim kartę rowerową) i nie myślę tak jak inni, nie mam takiego samego zdania, nie żyję stereotypem i nie uważam, że w Polsce jest najgorzej, nie uważam, że wszystko co złe to w Polsce, że Polak do wódki i narzekania tylko pierwszy. Jestem Polakiem i o Polaku nie mówię, źle bo to tak jakbym mówił źle o sobie. Nie zauważyliście, że ludzie szkodzą sami sobie? Sami oczerniają własny kraj, oczerniają kraj, w którym żyją i obywateli zamiast mówić o nim jak najlepiej - ciekawe co myślą tacy ludzie kiedy śpiewają "Mazurka Dąbrowskiego" z ręką na piersi. Chcą aby było lepiej, ciągle narzekają (Ci co sieją te stereotypy), a sami sobie szkodzą, podcinają gałąź na której siedzą. Może zamiast na naszych minusach powinniśmy się skupić na plusach? Chwaląc się minusami plusów u innych nie zdobędziemy. Oczywiście można powiedzieć szczerze, że są tacy ludzie, którzy żyją tak jak Ci ze stereotypów, ale po co mamy ich obrazować, po co malować ludzi, którzy nie chcieli zostać pomalowani. Bo to tak jak z polityką - nie masz prawa krytykować wyborów i wybranych skoro sam nie brałeś udziału w wyborach, a więc jeśli nic dla Polski nie robisz, nie masz prawa jej krytykować, krótka piłka. Niech Ci wszyscy odważni krytycy powiedzą, niech wykrzyczą w twarz to co myślą o naszym kraju i jego obywatelach ludziom, którzy za Polskę ciągle walczą, bronią jej i giną za granicą. Załączę może wam obrazek, nie wiem czy tam coś jeszcze się dzieje, ale możecie poczytać jak to wszystko wygląda z perspektywy blogerki: http://mojafganistan.blogspot.com/
Może by zaszczepić słowa aktora John'a Rhys-Davies'a grającego we "Władca Pierścieni" postać krasnoluda o imieniu Gimli: " Polacy kojarzą mi się z mieszkańcami Gondoru, ponieważ są waleczni, szlachetni i dumni. Szanuję Polaków. Urodziłem się w 1944 roku. Brytyjczycy z mojego pokolenia mówią często o bohaterstwie Polaków, przypominając wkład polskich lotników w Bitwę o Anglię. To byli ludzie nie znający strachu, wspaniali w powietrzu, pełni pasji"
http://tvp.info/informacje/kultura/rhysdavies-cenie-bohaterstwo-polakow/10816750

MANDATY

Mandaty to dosyć nieprzyjemna sprawa tym bardziej, że jakaś tam część osób dostaje je wbrew prawu, tylko dlatego, że osoba otrzymująca mandat nie zna po prostu prawa i nie zaprzecza. Policja, straż miejsca - wszyscy "stróże prawa" zazwyczaj wlepiają mandaty nie za złamanie prawa, ale za to, że po prostu oni muszą tych mandatów ileś tam wystawić, aby dostać premię czy coś tam innego (nie wiem) no dlatego, ludzie często dostają mandaty za zwykłe przypierdolenie się policjanta o byle gówno, a to że ludzie nie znają prawa i nie wiedzą co mogą, a czego nie mogą, ułatwia im tylko całą robotę - tak przynajmniej było w moim przypadku.
Pamiętam jak byłem kiedyś z kuzynem na koncercie, wyszliśmy przed klub aby zapalić no i ogólnie przewietrzyć się. Wyszliśmy na zewnątrz jeszcze z niedopitymi piwami. Stanęliśmy sobie przed klubem, ja już swoje piwo dopiłem i wyrzuciłem do śmieci, i właśnie wtedy przejeżdżała obok nas policja. Kuzyn stał jeszcze z piwem i mówi: "Ciekawe czy się zatrzymają" - nie mieliśmy pojęcia, że mogą coś zrobić, przecież staliśmy przed klubem na koncercie z piwem i papierosem, tak jak kilkadziesiąt ludzi obok nas. Policja zatrzymała się tam z 20 metrów od nas. Dwóch policjantów szło w naszym kierunku, no ale już stoimy co mogą nam zrobić - pomyślałem. Kuzyn stał jeszcze z piwem i to właśnie do niego podeszli: "Wie Pan, że w miejscu publicznym nie można spożywać alkoholu? - nie zdążył nawet odpowiedzieć i padło kolejne pytanie: "A osiemnaście lat jest? Mogę dowód poprosić?" odpowiedział: "Niestety nie mam przy sobie" (nie miał wtedy jeszcze wyrobionego dowodu). Policjant spojrzał się, uśmiechnął: "No niestety, ale będzie mandacik za spożywanie alkoholu w miejscu publicznym" po chwili dodał jeszcze: "Proszę odłożyć piwo i podejść do radiowozu" odpowiedział: "No już przytrzymam" na co policjant wyższym tonem: "Proszę Pana o odłożenia tego piwa!" - Kuzyn podszedł do radiowozu i odstawił piwo na ziemie obok nogi. Policjant spojrzał na to co zrobił, uśmiechnął się i powiedział: "No to będzie jeszcze mandacik za śmiecenie" - właśnie dostał mandat za to co kazał mu zrobić, siedział cicho bo nie wiedział przecież, czy zaraz nie dostanie kolejnego mandatu za obrażanie funkcjonariusza. I tak w sumie nie przyszły mu te mandaty, także w sumie spoko.
Następnym razem pamiętam jak wracałem ze znajomymi do domu. Jeden nie wytrzymał presji i otworzył sobie jedno piwo dosłownie na ostatniej prostej, mijaliśmy już sąsiadów zostało kilka metrów do furtki kiedy wyminął nas radiowóz i zatrzymał się przed nami. Wysiadło dwóch policjantów. Wypytali nas czy coś pijemy i takie tam. Kolegę poprosili o wyciągnięcie ręki spod kurtki (co pewnie już wcześniej zauważyli kiedy pił jeszcze to piwo), okazało się, że trzyma tam otwarte piwo no i tak się złożyło, że dostał 200zł mandatu. Po wszystkim spojrzał się na nie i zapytał: "No to kto chce napić się piwa za 200zł?"
Najdziwniejszy mandat o jakim słyszałem? To, że jakiś koleś dostał mandat za odlanie się pod drzewem. Jak można wstawić komuś mandat za odlanie się, no kurwa "dostaje Pan mandat za odlanie się" - serio? przecież nie robił tego na środku jakiegoś placu czy coś.

sobota, 25 maja 2013

Piszę w sobotę

W poprzednim wpisie pisałem o częstotliwości pisania ogólnie blogerów, rozciągnijmy trochę temat - wpadłem na pomysł, aby napisać o czasie, w którym to się wszystko tworzy. Zawsze gdy zaczynam pisać nigdy nie wiem jak mam się z wami przywitać, nie wiem czy napisać "Dzień dobry" - przecież możecie to czytać wieczorem, czy w nocy (jakieś nocne Marki), może w takim razie "Dobry wieczór", ale po co skoro piszę to rano, "Witam was wszystkich". Chciałoby się zacząć od zwykłego "Siema", ale kiedyś tam mój post skomentowała jakaś nauczycielka - dlatego w ogóle się nie witam i przechodzę do rzeczy.
 Siadając przed komputer daje sobie max. 20min. na napisanie tego czego chce, po czym okazuje się, że kończę to po godzinie, a publikuje po kolejnych 30 minutach. Dużo jest "nieopublikowanych postów", które niedokończone leżą porozrzucane w plikach Worda czekając na swoją kolej. Nie mam więc stałego grafiku, kalendarza, w którym wszystko ma swoje miejsce i własny czas na realizację, wszystko dzieje się dosyć spontanicznie. Często zaczynając pisać coś do was patrzę przez okno, świeci słońce i jest jasno, kiedy kończę jest już ciemno (na odwrót jeszcze nie miałem). Ogólnie to wydaje mi się, że piszę te całe posty tylko po to, aby później je skomentowało jakieś dziesięć osób i zostały zapomniane i nikt do nich już nie wróci (po raz kolejny pozdrawiam tych, którzy czytają wszystko od początku i wracają do starszych wpisów). Tak to już jest, że ciągle się tylko czeka na coś nowego, aby być po prostu na bieżąco, żeby przeczytać coś świeżego, bo przecież i tak nikt nie czyta starszych postów.

To jak to wszystko zacząłem, to co wcześniej napisałem jednak zobowiązuje. Do myślenia też dała mi pewna Pani "D", która mnie nastraszyła troszkę w komentarzu, ale ogólnie pozostawiła po sobie fajną energię (pozdrawiam z tego miejsca). Dlatego oprócz wcześniejszego "supportu" tematem wstępu napiszę o czymś jeszcze:
SOBOTNIA REFLEKSJA (bo piszę w sobotę)
Znacie takie słowo jak "łakocie"? Co to w ogóle za słowo jest? Łakocie...(ja pierdole) w ogóle nie wiem czy ktoś go używa. Bo wątpię aby ktoś mówił np.: "Mamo kupisz mi jakieś łakocie?!" powiedziałby raczej "Mamo kupisz mi coś słodkiego?!". Chociaż "łakocie" i "coś słodkiego" znaczy dla mnie zupełnie co innego, no wiecie jak powiesz "kup mi coś słodkiego" to nie masz na myśli konkretnej rzeczy i ilości. Nie myślisz np. o paczce czekoladowych chrupek, lub jednym batonie, czy garści lizaków, a jak mówisz "łakocie" myślisz o czymś w liczbie mnogiej, no bo nie powiedziałbyś "kup mi jakieś łakocie" myśląc o jednym batonie. Nawet jeśli myślisz o batonie powinno się powiedzieć raczej "łakoć", a nie "łakocie" - tyle, że takie słowo nawet nie istnieje.
Każdy chyba zna jakieś słowo, na które podobnie reaguje, albo po prostu jest dla niego bardzo dziwne. Niektórych dane tam słówko, po prostu rozśmiesza, irytuje, wkurza, nie wiem podnieca i coś tam jeszcze. 
Także no... podziel się swoim magicznym słówkiem w komentarzu!

czwartek, 23 maja 2013

Częstotliwość pisania każdego blogera (o ile blogerem można go nazwać) jest bliżej nie określona, każdy piszę kiedy chce: jeden pisze wtedy kiedy mu się to spodoba, drugi w pierwszy poniedziałek miesiąca, trzeci odczuwa przez nikogo nienarzucaną siłę przymusu umieszczania codziennie minimalnie jednego posta, czwarty tylko wtedy kiedy ma temat, piąty kiedy jest w humorze, szósty kiedy subskrypcje mu spadają i tak dalej. Chciałoby się pisać codziennie, pisać coś co przynosiłoby korzyści dla innych, pisać i zaciekawić (nie szczególnie o tym co się dzisiaj robiło...). Chciałoby się robić to z czystej radości, nie dla armii ludzi którzy wpadli nasrali i uciekli lecz dla tych nielicznych, którzy pozostając w zasadzie niewidzialni takimi pozostali i czytają z taką samą radością, której użyto do tworzenia tego wszystkiego. Tak wstępem pisząc wyżej, chciałem podkreślić moją częstotliwość pisania i zażenowanie tym faktem niektórych z was. Piszę tak jak piszę, piszę o tym co mnie ciekawi, co przeżywam, co widzę i co chcę skomentować - nie zamykając się w czterech ścianach przed jednym oknem z widokiem na świat, chciałem wam polecić coś co może was zaciekawić, tak jak i mnie zaciekawiło. Mam dla was kilka linków, stron które są ciekawie prowadzone przez naprawdę fajnych ludzi, myślę że zasługują one na kilka chwil uwagi:

TenRudyTyp Blogspot          Druga strona książki Blogspot  / Druga strona książki Facebook

www.kolumbijczyk.pl  / Kolumbijczyk Faceboook